niedziela, 11 sierpnia 2013

Rozdział II: Głosy

Wandzia słyszy głosy. Jeszcze nie w swojej głowie, niestety. To Uzdrowiciel z kimś rozmawia. 

– To dla niej zbyt wiele – powiedział ktoś łagodnym, lecz głębokim męskim głosem. – Nie tylko dla niej, dla kogokolwiek. Tyle przemocy!... – dodał tonem obrzydzenia.

– Krzyknęła tylko raz – odezwał się wyższy, piskliwy kobiecy głos, nie bez pewnej satysfakcji, jak gdyby jego właścicielka odniosła małe zwycięstwo.
– Wiem – przyznał mężczyzna. – Jest bardzo silna. Wielu reagowało gorzej, choć mieli łatwiejsze zadanie.
– Na pewno sobie poradzi, niech mi pan wierzy.

Och, tyle przemocy, jakie to okropne. W końcu to nie nasza wina, że ludzie, których w końcu sami zaatakowaliśmy, się bronią! Te potworne, nic niewarte człowieki! Na szczęście nasza Wandzia, ten wspaniały płatek śniegu, na pewno sobie poradzi w obliczu tych horrorów.

Okazuje się, że rozmówczynią Fordsa jest Łowczyni.

– Zastanawia mnie czasem, czy przedstawicieli waszej profesji nie dotknęła aby człowiecza zaraza – rzekł mężczyzna, nadal poirytowany. – Przemoc wydaje się nieodłączną częścią waszego Powołania. Czy nie odziedziczyła pani przypadkiem po żywicielu zamiłowania do okropieństw?

Ja pierdzielę, jak te dusze mnie wkurzają! Uważają się za takich szlachetnych i z góry zakładają, że wszyscy poza nimi to kompletne potwory, więc nie mają problemów z atakowaniem i eksterminowaniem innych gatunków. W końcu to są osobniki gorszego sortu, więc co się będziemy przejmować.  Był już taki jeden z podobnym planem, nawet po sąsiedzku. +1 Adolf approves

Zaskoczył mnie ten oskarżycielski ton. Była to prawie... kłótnia. Coś dobrze znanego mojemu nowemu ciału, ale zupełnie obcego mnie.

Kłótni nie znacie, ale najazdy i okupację już tak. Na Odyna, jaki bullshit. 

– Niechętnie używamy przemocy – broniła się kobieta. – Ale czasem trzeba stawić jej czoło. Pana i całą resztę powinno cieszyć, że niektórzy mają w sobie dość siły, by oddawać się tak nieprzyjemnym zajęciom. Tylko dzięki nam możecie spać spokojnie.

Będziemy walczyć o pokój do ostatniego naboju!

Łowczyni chce się dowiedzieć od Wandzi, skąd jej żywicielka znalazła się w Chicago, gdzie wszyscy zostali już zawładnięci przez dusze. Fords się trochę stawia, gdyż nie chce narażać swojej pacjentki na jeszcze większe stresy.

Wciąż byłam nieco zdezorientowana i nieoswojona z nowymi zmysłami i dopiero teraz zrozumiałam, że to o mnie rozmawiają, że to właśnie ja jestem tą duszą.

I dopiero się teraz, słonko, tego domyśliłaś? Normalnie jakbym widziała Belkę z jej szybkim kojarzeniem rzeczy, które jej dotyczą lub wręcz rzeczy, które robi jej własne ciało. Mam przeczucie, że Intruz wcale nie będzie tak diametralnie różny od Zmierzchu, a przynajmniej nie w podstawowych aspektach.  

Tym samym słowo, które oznaczało dla mojego żywiciela wiele różnych rzeczy, zyskało nowe znaczenie. Dusza. To chyba odpowiednie określenie. Niewidzialna siła kierująca ciałem.

Jesteście zwykłymi, pasożytniczymi robalami, nie zasługujecie na takie miano. 

Łowczyni czeka, aż Wandzia się obudzi, prowadząc w międzyczasie jakże fascynującą rozmowę z Uzdrowicielem.  

– Jest silna – odrzekła kobieta, tym razem uspokajającym tonem. – Przecież świetnie sobie poradziła z pierwszym wspomnieniem, tym najgorszym. Czegokolwiek się spodziewała, spisała się bardzo dobrze.

– Tylko czy to było konieczne? – wymamrotał mężczyzna, nie oczekując odpowiedzi. Mimo to ją usłyszał.
– Jeżeli mamy zdobyć informacje, których potrzebujemy...
– To wam się wydaje, że ich potrzebujecie. Ja bym raczej powiedział, że ich chcecie.
– ...to ktoś musi wziąć na siebie to nieprzyjemne zadanie – kontynuowała niezrażona. – I uważam, sądząc po tym, co mi na temat tej duszy wiadomo, że by się tego podjęła, gdyby można było ją o to zapytać. Jak pan na nią mówi?
Mężczyzna przez dłuższą chwilę milczał. Kobieta czekała.
– Wagabunda – odparł w końcu niechętnie.
– Pasuje do niej. Nie mam żadnych oficjalnych danych, ale podejrzewam, że jest jedną z niewielu dusz, które były w tylu różnych miejscach, jeżeli nie jedyną.

Który to już raz w przeciągu tych kilkunastu zaledwie stron książki Stefka oznajmia nam, jaka to nasza duszyczka jest jedyna w swoim rodzaju? Sounds familiar? Czas więc wreszcie przyznać za ten i poprzednie rozdziały jakieś punkty w tej kategorii. Zapowiadałyśmy już, że nazwy kategorii będą w Lokatorze wyglądały inaczej, żeby nie było zbyt nudno i jednostajnie. Wzięłyśmy pod uwagę zamiłowanie Stefki do swych idealnych self insertów. Idąc za przykładem ałtoreczek i nadawanych przez nie merysójkowych imion, przedstawiamy:

+1 Bellanda Wandella van der Mellen za powyższy cytat.

Prawie jak Nabuchodonozor,  so beautiful. No i rzecz jasna +2 Bellanda Wandella van der Mellen za poprzednie rozdziały. 

Fords i Łowczyni spekulują, czy dusza zostanie przy imieniu Wagabunda (aż mi zęby zgrzytają, jak widzę tę zbitkę liter), czy przyjmie imię swej żywicielki. I don’t caaareee…

Fords ma wątpliwości co do metod Łowców.

– Chyba nie do końca zdaje pan sobie sprawę z tego, jak wygląda moja praca. Długie godziny ślęczenia nad mapami i dokumentami. Głównie praca przy biurku. O wiele rzadziej walka i przemoc, którą pan sobie wyobraża.

– Dziesięć dni temu ścigała pani to ciało uzbrojona w śmiercionośną broń.
– Zapewniam pana, że to wyjątek, nie reguła. Proszę nie zapominać, że ilekroć my, Łowcy, wykazujemy się niedostateczną czujnością, broń, którą tak się pan brzydzi, zostaje użyta przeciw naszemu gatunkowi. Ludzie nie wahają się nas zabijać, gdy tylko mają ku temu okazję. Dusze, które zetknęły się z ich przemocą, patrzą na nas, Łowców, jak na bohaterów.
– Mówi pani tak, jakby toczyła się wojna.
– Niedobitki ludzkiej rasy właśnie tak to widzą.

No nie mówcie, że dziwicie się ludziom, którzy walczą z agresorem, drogie duszyczki. I to z agresorem w pełnym tego słowa znaczeniu, z groźną bronią, jak się okazuje. Czyli jednak ta cała broń wcale was tak straszniw nie brzydzi, za to macie czelność zwalać ten fakt na usposobienie żywicieli. Niby kilka zdań, ale taka fala bullshitu mnie ogarnęła, że ledwo się trzymam. 


– Ale nawet oni muszą rozumieć, że przegrali. Jaką mamy przewagę liczebną? Milion do jednego? Powinna to pani chyba wiedzieć.

– W istocie znacznie więcej niż milion – przyznała z wyrzutem.

Aha, z poprzedniego cytatu wynika, że tylko pozostali ludzie widzą to, co się dzieje, jako wojnę, ale sam Fords używa sformułowania, że gatunek ludzki przegrał. Co przegrał, grę w bierki? 

Łowczyni i Uzdrowiciel na chwilę zamykają jadaczki, więc Wandzia ma możliwość trochę pomyśleć.


Znajdowałam się w ośrodku leczniczym, gdzie odpoczywałam po nadzwyczaj traumatycznym zabiegu wszczepienia. Nie ulegało wątpliwości, że ciało mojego nowego żywiciela zostało przedtem całkowicie uleczone. Gdyby było uszkodzone, toby się go pozbyto.

Pozbyto, czyli raczej na pogrzeb nie ma co liczyć. Nasze cudne i pełne dobra duszyczki pewnie utylizują niepotrzebne ciała bez ceregieli. To całe Trosklisiowo jest tylko polukrowane, w środku zaś czai się prawdziwa natura dusz i nie wydaje mi się ona zbyt szlachetna. Gdyby to był świadomy zabieg autorki, to by było ciekawe, ale w końcu Stefka jest ałtorką, więc na pewno wyszło to zupełnie nieświadomie.  


Rozmyślałam o wymianie zdań pomiędzy Uzdrowicielem i Łowczynią. W świetle informacji, które otrzymałam, zanim zdecydowałam się przybyć na tę planetę, rację miał ten pierwszy. Walki z resztkami oporu praktycznie już się zakończyły. Planeta zwana Ziemią była tak cicha i spokojna, jaka wydawała się z kosmosu – kojąca zieleń i błękit spowite niegroźnymi białymi gazami. Panowała tu teraz pełna harmonia, jak w każdym innym miejscu zamieszkanym przez dusze.

I to wszystko usprawiedliwia? +1 Adolf approves

Wandzia wspomina swój poprzedni, jakże fascynujący żywot Wodorosta.

Nie wiedziałam, jak nazwać gatunek mojego poprzedniego żywiciela. Mieliśmy jakąś nazwę, tego byłam pewna. Jednakże, nie mając połączenia z tamtym żywicielem, nie potrafiłam jej sobie przypomnieć. Używaliśmy tam dużo prostszego, niemego języka myśli, który łączył wszystkich w jeden wielki umysł. Przydatna rzecz, gdy przez całe życie tkwi się korzeniami w ciemnej, wilgotnej glebie.

Potrafiłam za to opisać tamten gatunek w moim nowym, ludzkim języku. Żyliśmy na dnie ogromnego oceanu, który zajmował całą powierzchnię planety – miał on swoją nazwę, ale jej również nie zdołałam przywołać. Każde z nas miało sto ramion, a na każdym z nich sto oczu, a ponieważ byliśmy połączeni myślami, nie było takiego miejsca, którego nie sięgalibyśmy wzrokiem. Niepotrzebne nam były dźwięki, więc nie mieliśmy w ogóle słuchu. Smakowaliśmy wodę i w ten sposób, a także dzięki naszym oczom, wiedzieliśmy wszystko, co musieliśmy. Chłonęliśmy też promienie odległych słońc i przemienialiśmy je w niezbędny dla nas pokarm.

Wow, suuuper.

Dusze z zasady mówiły tylko prawdę. Oczywiście Łowcy mieli specyficzne Powołanie, które wymagało od nich szczególnych metod postępowania, jednakże między duszami nie było miejsca na kłamstwo. W moim poprzednim życiu, kiedy to komunikowałam się za pomocą myśli, w ogóle nie dało się kłamać, nawet gdyby ktoś miał taki kaprys. Opowiadaliśmy sobie za to historie, aby się nie nudzić. Snucie opowieści było najbardziej cenionym ze wszystkich talentów, ponieważ służyło wspólnemu dobru.

Czasem fakty tak zupełnie mieszały się z fikcją, że – choć nikt nie kłamał – zapominaliśmy, co jest prawdą, a co nie.

Czyli kłamstwo, ale nie kłamstwo, wojna, ale nie wojna, dusze są dobre, ale niedobre… oh, wait.

Wandzia przypomina sobie plotki, jakie słyszała przed przybyciem na okropną Ziemię, zamieszkałą przez okrutne bestie. Podobno trafiały się osobniki ludzkie, które nie dość, że walczyły z zagnieżdżonymi w nich duszami, to potrafiły przejąć nad nimi kontrolę! GASP! 

Ale czyż nie to właśnie zdawał się sugerować Uzdrowiciel?...

Odepchnęłam od siebie tę myśl. Zajęcie Łowców budziło niesmak większości z nas i zapewne stąd wzięła się jego reakcja. Po co komu życie wypełnione konfliktem i przemocą? Kto chciałby tropić i wyłapywać opornych żywicieli? Zmagać się z tą brutalną rasą ludzi, którym zabijanie przychodzi z taką łatwością? 

Po cholerę w ogóle starać się zasiedlić ciała gatunku, o którym ma się tak złe zdanie? Po kiego wała się użerać z ludźmi, skoro to ponoć tacy agresywni  niszczyciele. Nie lepiej znaleźć inną planetę i zawładnąć, bo ja wiem, jakimiś motylkami?

Tu, na tej planecie, Łowcy stali się praktycznie... zbrojną bandą – mój mózg podpowiedział mi słowa na określenie rzeczy, której wcześniej nie znałam. Wśród dusz panowało przekonanie, że zawód Łowcy wybierają jedynie najsłabiej rozwinięte, najbardziej prymitywne z nas.

Najsłabiej rozwinięte, czyli najbardziej nieodporne na złe wpływy żywiciela? Nie, nie odczepię się od tego jednego zdania z początku rozdziału, które sugeruje, że jedynym powodem wad u dusz jest jakaś naleciałość z umysłu żywiciela. Co za arogancka banda dupków z tych dusz, żeby tak twierdzić!   

Na Ziemi jednak Łowcy zyskali zupełnie nowy status. Jeszcze nigdy żadne Powołanie tak się nie wynaturzyło. Jeszcze nigdy nie zamieniło się w krwawy bój. Nigdy wcześniej tyle dusz nie straciło życia. Łowcy byli niczym mocna tarcza, a przybyłe na tę planetę dusze miały wobec nich potrójny dług: za bezpieczeństwo, które im gwarantowali, za ryzyko ostatecznej śmierci, które świadomie ponosili każdego dnia, i za dostarczane na bieżąco nowe ciała.

Jeżu, ale butthurt. Biedne dusze, krwawy bój, tralalala… A czego się spodziewaliście? Że ludzie podniosą rączki do góry i krzykną „Bierzcie nas, jak stoimy!”



Wandzia postanawia pomóc Łowczyni we wszystkim, w czym będzie mogła. Aby tego dokonać, musi powrócić do wspomnień swej żywicielki. Wandzia trochę się boi, wszak wspomnienia te są dość makabryczne, ale udaje jej się przywołać nieprzyjemne obrazy. Dusza wciska szybki rewind na pilocie, dzięki czemu scena nieudanego samobójstwa przelatuje migiem. Teraz Wandzia może pogrzebać we wcześniejszych wspomnieniach. 

Otóż żywicielka Wandzi przybyła do Chicago w poszukiwaniu kuzynki, niejakiej Sharon. Niestety, więcej nie udaje się naszej duszyczce dowiedzieć, mimo iż bardzo się stara. Jakby coś lub raczej ktoś ukrywał przed nią informacje. Nasza idealna duszyczka dostaje więc ataku furii, co jest naturalnie winą jakże wadliwego ciała ludzkiego. Zaraz rzygnę tym tematem przewodnim, pt. „ludzkość jest do bani”. Wraz z falą gniewu przyspiesza Wandzi puls, co z kolei zwraca uwagę Łowczyni. The end rozdziału. 

Ok., parę dodatkowych uwag. Nie mam nic przeciwko autorom scifi, którzy wplatają do swoich książek komentarze polityczne, społeczne, filozofują na temat kondycji moralnej człowieka, np. w zestawieniu z innymi istotami we Wszechświecie i bywa, że dochodzą do niezbyt optymistycznych wniosków. Lubię takie książki. Ale to, co wyrabia Stefa (która pisarką scifi oczywiście nie jest, ale nie o to mi chodzi) mnie niemożebnie irytuje. Ludzkość ssie i tyle, dusze to szlachetni pacyfiści, koniec i kropka. Takiego wała, to się kupy nie trzyma. Na razie nie mam dla tych robali krztyny sympatii, bo Stefa nie jest w stanie swą nieudolną pisaniną przekonać mnie, że duszyczki są na wskroś dobre, a ludzie to najgorszy pomiot Wszechświata, więc lepiej będzie, gdy Ziemię zasiedlą pseudopacyfistyczne, sparklące bezkręgowce. 

Dodam jeszcze +3 Adolfy za wcześniejsze rozdziały, w których Stefa tak samo starała się przekonać nas, że tak jest najlepiej. 

Poza tym ten rozdział jest straszliwie nudny. To już trzecia odsłona tej książki i nic się nie dzieje. Nie można było materiału na prolog i te dwa rozdziały skrócić, skondensować i wszystko wrzucić w jeden rozdział? Dużo byśmy nie stracili. Rozciąganie książki jak gumy od starych gaci nie jest dobrym zabiegiem literackim. 


+3 Witaj, Morfeuszu

Mam szczerą nadzieję, że coś się wreszcie zacznie dziać. Czytałam na forum Tłajlajta, że nawet hardkorowe fanki Stefki miały problemy z przebrnięciem przez pierwsze rozdziały, ale potem było łatwiej. My się z Maryboo nie damy, jesteśmy wojowniczkami, przetrwamy to, ale na wszystkich bogów, jakąś akcję poproszę.



+5 Adolf approves
+3 Bellanda Wandella van der Mellen
+3 Witaj, Morfeuszu

Buziaki

Beige