Primo:
Dziękuję Beige i wszystkim komentującym za słodycze, które
złagodziły gorycz przedzierania się przez dzieło Stefy * gładzi
się z zadowoleniem po brzuchu *.
Secundo:
Dzisiejszy rozdział jest – nie będę tego przed Wami ukrywać –
nudny (nudne rozdziały to cecha charakterystyczna tej książki).
Zawiera on jednak trzy fragmenty, które będą miały bardzo, BARDZO
duże znaczenie dla dalszej akcji powieści. Dwa z nich zostaną
przeze mnie zaledwie nakreślone – jest to konieczne, aby nie
popsuć Wam frajdy w dalszych analizach; trzecim zajmę się już w
dzisiejszym odcinku.
Zaczynamy
wizytą Wagabundy u niejakiej Pocieszycielki (Stefa, zmiłuj się, o
co chodzi z tą wielką literą?). Jak wspomniała moja koleżanka w
poprzednim odcinku, zawód ten jest podobny do naszego terapeuty, z
jedną wszak różnicą – Pocieszycielka zajmuje się problemami
związanymi z trudnościami adaptacyjnymi dusz na Ziemi.
Uśmiechnęła się do mnie, unosząc leciutko kąciki ust. Umiałam już czytać ludzką mimikę; delikatne ruchy i drgnienia mięśni po paru miesiącach pobytu na Ziemi nie były dla mnie tajemnicą. Zrozumiałam, że mój wewnętrzny opór trochę ją bawi. Jednocześnie wyczuwałam, że jest nieco sfrustrowana faktem, iż nadal przychodzę do niej bardzo niechętnie.
Błąd.
W rozdziale trzecim rozpoznałaś oznaki irytacji – zupełnie
nieznanego ci uczucia – u Łowczyni już po kilku godzinach
przebywania w ciele Melanie. Dlaczego więc ni z tego ni z owego
potrzebujesz MIESIĘCY, żeby odczytać prawidłowo komunikację
niewerbalną?
Świat
według Terencjusza: 12
Muszę
Wam wyznać, że czasami źle się czuję, analizując dzieła Stefy
– to trochę jak wyśmiewanie się z osoby cierpiącej na
Alzheimera.
Okazuje
się, że nasza duszka przegapiła kilka sesji; spowodowane było to
m.in konsultacją ze studentem. Tak, tak - Wagabunda pracuje na
uczelni jako wykładowca. Nad tym smaczkiem pochylimy się za moment.
Podjudzona
dziewczyna przyznaje, że to nie jedyny powód; niechętne pojawia
się u psychologa, gdyż jest to dla niej równoważne z porażką.
– Tak, ma pani rację.– Pamiętam, że prosiłam cię, żebyś mówiła mi Kathy.
– Dobrze... Kathy.Zaśmiała się cichutko.– Nie oswoiłaś się jeszcze z ludzkimi imionami, prawda?– Nie. Prawdę mówiąc... to dla mnie trochę jak kapitulacja.
Eee...że
jak? Spoiler alert: sporo dusz wybiera imiona swych żywicieli, a ci,
dla których Ziemia jest pierwszą planetą, nie mają wręcz żadnego
wyboru. Dlaczego Wagabunda miałaby mieć z tym jakikolwiek problem,
skoro przyjmowanie nazw organizmów zamieszkujących dane ciało
niebieskie jest dla niej chlebem powszednim?
Świat
według Terencjusza: 13
– Lubię uczyć. Na Planecie Wodorostów miałam dość podobne Powołanie, więc łatwo było mi się przyzwyczaić. Mam u Curta dług wdzięczności.
– To oni mają szczęście, że u nich pracujesz – odparła Kathy, uśmiechając się ciepło. – Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, że rzadkością jest nawet profesor historii z dwiema planetami w życiorysie. A ty mieszkałaś prawie wszędzie. I do tego na Początku! Nie znajdziesz na tym świecie szkoły, która nie chciałaby cię mieć u siebie. Curt głowi się, jak by tu cię zająć, żebyś nie miała czasu nawet pomyśleć o przeprowadzce.– Profesor nadzwyczajny – uściśliłam.
Och, Meyer. Nie mogłaś się powstrzymać, prawda?
Zacznijmy od początku. Zgodnie z tym, czego dowiedzieliśmy się do tej pory, dusze, przejmując ludzi, przejęły także ich sposób bycia – chodzą więc do pracy i do szkoły, kształcą się, prowadzą dom. Jak przekonamy się w rozdziale siódmym, kosmiczni studenci niekoniecznie odpowiadają naszym standardom żaków (ale ciii, o tym pogadamy za dwa tygodnie), możemy więc ostatecznie przyjąć, że wiek żywiciela nie ma większego znaczenia – liczy się wiedza zapisana w mózgu, więc zajęcia mógłby równie dobrze poprowadzić choćby jedenastolatek, którego gospodarz był nad wyraz rozwiniętym dzieckiem.
Nie wiemy, czego jeszcze uczą kosmiczne uniwerki i szczerze mówiąc, ciężko nawet gdybać na ten temat. Co jest przydatne w rozumieniu dusz? Nie potrzebują naszej medycyny czy nauki, mają bowiem własne, lepsze źródła wiedzy. Czy troszczą się o zachowanie dziedzictwa kulturowego danej planety? Co z językami? Biologią? Naukami politycznymi? Niestety, z powyższego fragmentu wyłania się dosyć ponury obraz – najprawdopodobniej żadna z tych rzeczy nie jest przekazywana w stopniu wystarczającym dla pełnego poznania wszystkich aspektów Matki Ziemi i zamieszkujących ją istot.
Wiecie, skąd ten wniosek? Bo Wagabunda nie nadaje się do uczenia czegokolwiek związanego z historią - nie ma o tym bladego pojęcia.
Wyobraźcie sobie (a niektórzy z Was z pewnością przeżyli to sami), że wyprowadzacie się na jakiś czas do innego kraju bądź na inny kontynent i spędzacie tam – no niechby i czterdzieści lat. Mówicie w tamtejszym języku, odkrywacie krajobraz, zwyczaje oraz architekturę, ale...to wszystko. Nie znacie historii tego miejsca. Nie znacie jego rodowitych mieszkańców (wszyscy wyginęli w kataklizmie), a więc i ich wierzeń i sposobu myślenia. Nie interesuje was kultura danego miejsca, albowiem czytacie wyłączne dzieła swojej nacji i oglądacie filmy nakręcone w waszym kraju. Pytanie: czy bylibyście w stanie po powrocie prowadzić wykłady z HISTORII danego obszaru?
Wagabunda ma koszmarnie zawężony obraz każdej planety, na której przebywa – obserwuje zaledwie odcinek jej egzystencji i porusza się po jej ograniczonym obszarze, zarówno w sensie dosłownym, jak i metaforycznym. Oczywiście, każde informacje o potencjalnym nowym miejscu zamieszkania są z całą pewnością bardzo przydatne dla innych dusz, co nie zmienia faktu, że z wykładów dziewczyny nie dowiedzą się niczego o powstaniu i kształtowaniu się danego świata. Pomyślcie sami – byle uczeń podstawówki ma większą wiedzę o historii Ziemi niż Wagabunda, zwłaszcza, że Melanie z racji życia na gigancie nie miała okazji spędzić zbyt wielu godzin w szkolnej ławie i w jej wspomnieniach próżno zapewne szukać obrazów związanych z drugą wojną światową czy upadkiem Cesarstwa Rzymskiego. Więc grzecznie pytam – skąd niesamowita wiedza naszej duszki i skąd ten tytuł?
Świat
według Terencjusza: 14
Bellanda
Wandella van der Mellen : 5
Po
krótkiej wymianie uprzejmości Kathy wraca do clou
spotkania i uświadamia
Wagabundzie, że zdaje sobie sprawę z jej kiepskiego stanu. Aby
uniknąć jasnej odpowiedzi, dziewczyna postanawia wypytać
terapeutkę o jej życie osobiste, a konkretnie o powód, dla którego
ta druga zatrzymała imię swego żywiciela.
-(...)Czy po to, żeby być bardziej... w zgodzie? Z żywicielem?
(...)
Kathy jednak tylko się zaśmiała.– O rany, nie, skądże znowu.
No ba.
Jeszcze by tego brakowało, żeby amaterialne Culleny przejmowały
się swoimi mundurkami.
-Czy wiesz, że przybyłam na Ziemię w jednym z pierwszych rzutów, jeszcze zanim ludzie zaczęli sobie zdawać sprawę z naszej obecności? Miałam ludzkich sąsiadów po obu stronach domu. Przez kilka lat musieliśmy z Curtem udawać naszych żywicieli. Nawet później, kiedy już zasiedliliśmy całą najbliższą okolicę, mogliśmy w każdej chwili natknąć się na człowieka. Dlatego po prostu zostałam Kathy.
Ta-
dam! Oto Fragment nr 1. Zgaduj, zgadula: do czego zamierza przyczepić
się Maryboo?
Jeśli
nie znacie odpowiedzi, pomogę Wam. Kathy nigdzie nie twierdzi, że
jest Łowcą – najwyraźniej nie przybyła kolonizować, ale jako
druga partia tuż po kolonizatorach, a to oznacza, że nie powinna
się uciekać do „niskich” metod, jak oszustwa i kłamstwa;
wstrętna natura Łowców to zresztą zupełnie inny, znacznie
poważniejszy bubel, nad którym, jak już wspomniałam we wstępie,
pochylę się głębiej w przyszłości, konkretnie w rozdziale
trzynastym. Dziś chcę jedynie zasygnalizować pewien drobny, acz
istotny szczegół.
Stefa?
Dusze MOGĄ kłamać. Sama to właśnie przyznałaś.
Nie ma
najmniejszego znaczenia, że dusza okupująca ciało Kathy posiada
jej wspomnienia i na pytanie sąsiadki „Co tam w pracy?” jest w
stanie podzielić się ze znajomą wszystkimi szczegółami, które
dostarcza jej mózg. To NIE są jej myśli i kosmitka doskonale o tym
wie – wchodzimy tym samym na grząski teren półprawd.
Fail,
Stefciu. No, pół-fail – na prawdziwe reperkusje tego błędu
musimy jeszcze troszkę poczekać.
Świat
według Terencjusza: 15
– Trudno ci było? – zapytałam. – Udawać jedną z nich?
– Nie, nieszczególnie. Widzisz, kiedy umieszczono mnie w tym ciele, musiałam się przyzwyczaić do tak wielu nowych rzeczy. Moje zmysły odbierały mnóstwo doznań. Na początku całkiem mnie to absorbowało.
Kathy,
jestem bardzo wdzięczna, że walczysz po stronie logiki, ale to na
nic; liczba punktów w kategorii powyżej wyraźnie pokazuje, że
twoja autorka zamierza pamiętać o takich błahostkach tylko wtedy,
gdy nie koliduje jej to z wcześniej obraną ścieżką fabularną.
Wagabunda
kontynuuje wywiad; tym samym przedstawiam Wam Fragment nr 2,
narodziny uczucia między Kathy i Curtem.
– A Curt... Postanowiłaś pozostać z partnerem swojego żywiciela? Gdy było już po wszystkim?
(...)
– Tak, wybrałam Curta. A on mnie. Oczywiście na początku to był czysty przypadek, taki a nie inny przydział obowiązków. Zbliżył nas czas, który spędzaliśmy razem, i ryzyko, które dzieliliśmy podczas naszej misji. (…) Przez wszystkie te tysiąclecia ludziom nie udało się rozgryźć zagadki, jaką jest miłość. Na ile jest sprawą ciała, a na ile umysłu? Ile w niej przypadku, a ile przeznaczenia? Dlaczego związki doskonałe się rozpadają, a te pozornie niemożliwe trwają w najlepsze? Ludzie nie znaleźli odpowiedzi na te pytania i ja też ich nie znam. Miłość po prostu jest albo jej nie ma. Mój żywiciel kochał żywiciela Curta i ta miłość przetrwała nawet wtedy, gdy umysły zmieniły właścicieli.
Pod tym linkiem znajduje się całkiem ciekawy artykuł na temat związku pomiędzy uczuciami a naszą fizjologią, konkretnie sygnałami wysyłanymi przez mózg; na ten temat wypowiada się także niezawodna ciocia Wikipedia. Jakkolwiek nie można z góry założyć, iż to czysta chemia odpowiedzialna jest w całości za wybór partnera (dochodzi tu wszak do głosu także wpływ kulturowy czy wychowanie), nasz mózg bez wątpienia odgrywa w tym procesie ważną rolę.
I...to
wszystko, co mam do powiedzenia w tym temacie na dziś. Wybaczcie,
ale aby w pełni ukazać Wam, jak przerażająca jest ta książka i
w jak przerażającym stopniu przypomina ona poprzednie dzieła
Meyer, musimy wstrzymać się z dalszymi refleksjami do kolejnych
odcinków. Po raz pierwszy rozpiszę się znacząco na ten temat w
rozdziale dziewiątym; na drugą część moich wniosków będziecie
musieli poczekać mniej więcej do połowy powieści. Obiecuję
jednak, że postaram się oddać pełnię mojego obrzydzenia i
zażenowania kolejnym genialnym konceptem Meyer (a także zetrzeć go
na proch potężnym Młotem Logiki). Póki co przyjrzyjcie się
uważnie ostatniemu, pogrubionemu przeze mnie zdaniu, a
najprawdopodobniej sami domyślicie się, gdzie leży mój problem z
tym dziełem.
Okazuje
się, że Wagabunda poprzez połączenie z Melanie nie tylko
nieustannie śni o Jaredzie, ale w dodatku odczuwa tę samą
tęsknotę, co jej żywicielka:
- (…) Co z tego, że ci powiem, iż widzę jego twarz za każdym razem, gdy zamykam oczy? Ze budzę się i płaczę, bo nie ma go przy mnie? Że jej wspomnienia są tak silne, iż nie potrafię ich już oddzielić od moich własnych?
...Wiecie
co? Temu zdaniu też możecie się przyjrzeć. Jeśli chcecie,
zanotujcie je sobie nawet w kajeciku, bo zapewniam, że w
perspektywie dalszej lektury okaże się ono nad wyraz istotne.
Wagabunda
zaczyna płakać, więc Kathy jak na dobrego psychoterapeutę
przystało, szybko wręcza jej chusteczki, coby podczas wzruszeń
miała się w co wysmarkać:
– Nie znoszę tego.– Wszyscy płaczą przez pierwszy rok. Te uczucia są po prostu nieznośne. Każde z nas ma w sobie trochę dziecka, czy tego chcemy, czy nie. Kiedyś rozklejałam się za każdym razem, gdy widziałam ładny zachód słońca. Albo nawet jedząc masło orzechowe.
To nie
ma nic wspólnego z dzieckiem, a z prawdziwym właścicielem ciała.
I znów, Meyer – dlaczego ja mam w ogóle przejmować się twoimi
robalami, skoro nie tylko nie mają żadnego szacunku dla swoich
ciał, ale w dodatku traktują ich najpiękniejsze wspomnienia –
jedyne, co pozostało nieszczęsnym żywicielom - jak złośliwy
balast, którego należy się jak najszybciej pozbyć?
Pocieszycielka
maca włosy Wagabundy i zachwyca się ich połyskiem; na pytanie,
dlaczego ścina je coraz krócej, kosmitka buńczucznie odpowiada, że
chce w ten sposób zrobić na złość Mel.
– Czyli... ona... ona ciągle... tam jest?Dałam ujście przerażającej prawdzie.– Gdy zechce. Nasza historia ją nudzi. Kiedy pracuję, jest jakby uśpiona. Ale to nie znaczy, że jej nie ma, o nie. Czasem jej obecność wydaje mi się tak samo prawdziwa jak moja. – Te ostatnie słowa wypowiedziałam, już szeptem.– Wagabundo! – wykrzyknęła przerażona Kathy. – Dlaczego nic mi nie powiedziałaś? Jak długo to już trwa?– Jest coraz gorzej. Zamiast słabnąć, robi się coraz silniejsza. Nie jest tak źle, jak w przypadku, o którym mówił Uzdrowiciel – rozmawiałyśmy o Kevinie, pamiętasz? Nie przejęła nade mną kontroli. Nie uda jej się. Nie pozwolę na to! – Mój głos był coraz wyższy.
Zaraz.
Moment. Mam rozumieć, że Kathy NIE WIEDZIAŁA, iż Wagabunda wciąż
męczy się z Melanią, tkwiącą w jej głowie? Więc...Jaki był
cel tych spotkań?!
Przysięgam,
że nie wycięłam żadnego istotnego fragmentu – cały ten
rozdział był dotychczas skonstruowany tak, jakby głównym powodem
odwiedzin dziewczyny była niemożność zapanowania nad swym
żywicielem. Jeśli jednak terapeutka nie była świadoma tego
problemu, to z jakimi wątpliwościami właściwie Wagabunda zjawiała
się w jej gabinecie? Wszak cały kłopot polegał nie na depresji
związanej z koniecznością mieszkania na Ziemi, a z niemożnością
pozbycia się gospodarza!
...Boli
mnie głowa. A to dopiero piąty rozdział; biorąc pod uwagę, jak
bardzo urywa od logiki i kanoniczności ostatnim rozdziałom tego
dzieła, obawiam się, że będę zmuszona analizować na rauszu.
Kathy
sugeruje dziewczynie porzucenie dotychczasowego żywiciela (używając
przy tym uroczych określeń w stylu „wadliwy”), Wagabundzie
jednak włącza się tryb angstu i szlocha, że najwyraźniej jest
niewystarczająco silna, by przebywać na dzikiej, strasznej Ziemi.
Terapeutka pocieszająco obejmuje dziewczynę, co nie podoba się
żadnej z naszych protagonistek.
Starałam się uspokoić, by pokazać jej, gdzie jej miejsce.
„Tu jest moje miejsce.”
Jej myśl była słaba, ale zrozumiała. Oto, do czego już doszło: była na tyle silna, że mogła do mnie mówić, kiedy tylko zapragnęła. Poczułam się równie strasznie jak wtedy w szpitalu, w pierwszych chwilach po przebudzeniu.
Czyli...nic się nie zmieniło. Sama przyznałaś, słonko – Mel była w stanie komunikować się z tobą (a nawet przez ciebie) od przebudzenia, które nastąpiło kilka miesięcy temu. Gdzie tu jakaś rewolucja?
Meyer, proszę, zacznij sobie robić jakieś notatki podczas pisania, bo to krępujące przypominać autorowi, co napisał kilkanaście stron wcześniej.
Pocieszycielka nie ustaje w próbach – nomen omen – pocieszenia dziewczyny:
-Posłuchaj mnie. Jesteś silna. Zdumiewająco silna. My, dusze, na ogół jesteśmy do siebie bardzo podobne, ale ty wykraczasz ponad przeciętność. Twoja odwaga jest zadziwiająca. Twoje poprzednie życia są tego świadectwem.
Spoiler alert: nie. Wiemy o jednym, jedynym przypadku, w którym Wagabunda, żyjąc na innej planecie, wykazała się ponadprzeciętnym hartem ducha. Poza tym jej niezwykłe dokonania ograniczają się do...cóż...opowiadania bajek, bycia glonem i...hi, hi...pewnego arcyzabawnego wcielenia, które zostanie ujawnione czytelnikom w swoim czasie. Rozliczne podróże duszy to też żaden specjalny wyczyn, skoro z treści książki dosyć jasno wynika, że za licznymi przeprowadzkami dziewczyny kryje się przede wszystkim nuda i poczucie niedopasowania.
Stefa, jeśli chcesz, bym uwierzyła w niezwykłość Wagabundy, daj jej jakieś supermoce. Błyszczenie jest już wprawdzie zajęte, ale co powiesz na tkanie gobelinów z tęczy albo rozmawianie z jednorożcami? Prawdziwa bohaterka musi się czymś wyróżniać!
Bellanda
Wandella van der Mellen : 6
– Ale ludzkość jest bardziej zróżnicowana niż my – ciągnęła Kathy. – U nich spektrum jest o wiele szersze, jedni są o wiele mocniejsi niż inni. Jestem święcie przekonana, że gdyby umieszczono w tym ciele jakąś inną duszę, Melanie rozprawiłaby się z nią w kilka dni. Może to przypadek, a może przeznaczenie, ale wygląda mi na to, że najsilniejszy spośród nas trafił na najsilniejszego spośród nich.
No i
masz babo placek; wygląda na to, że nastąpiła kolizja dwóch Mary
Sue. Tyle dobrego, że w przypadku Melanie owa siła faktycznie jest
czymś umotywowana i wynika z przeszłych, bolesnych doświadczeń.
Kathy
próbuje pocieszyć duszkę, oznajmiając, że jakkolwiek żywiciel
wciąż siedzi w jej umyśle, nie jest jednak w stanie mówić przez
nią (Wagabundo, wstydź się, terapia nigdy nie przyniesie skutków,
jeśli będziesz zatajała informacje przed swym terapeutą) oraz
ponownie doradza zmianę gospodarza. Wagabunda rozsądnie zauważa,
że skoro Mel jest tak silna, to nie byłoby uczciwym zmuszać kogoś
innego do nieustającego sparingu z niepokorną żywicielką. Nie
zrozumiała jednak Pocieszycielki, która sugerowała całkowite
porzucenie Melanie, co wiązałoby się z śmiercią panny Stryder.
...Przecież
to kompletnie bez sensu. Pierwszym powodem, dla którego w ogóle
wsadzono Wagabundę w to ciało, było desperackie pragnienie
Łowczyni związane z użyciem Meli jako GPS-u prowadzącego do ruchu
oporu. Skoro odnalezienie zbiegów tak bardzo spędza jej sen z oczu,
dlaczego kobieta miałaby się zgodzić na zmarnowanie tak dobrej
przynęty?
Aha,
żeby nie było - ja też nie wiem, dlaczego Łowczyni w ogóle ma tu
cokolwiek do powiedzenia. Widzicie, Łowcy – i jest to bardzo
widoczne w tekście – to w pewnym sensie takie kosmiczne Volturi (o
czym za moment), tyle tylko, że Meyer nigdy nie wspomina aby
dzierżyli oni jakąkolwiek realną władzę; w zasadzie, wśród
dusz w ogóle nie ma konkretnej władzy (Thomas More lubi to). Z tego
powodu cały wątek głównej antagonistki tej powieści cokolwiek
się sypie, bo ciężko wyczuć, gdzie kończą się jej kompetencje
i dlaczego nikt nie jest w stanie jej utemperować.
No
dobrze, czas na Fragment nr 3; tym razem, aby wynagrodzić Wam
poprzednie urywane epizody, przeleję wszystkie moje myśli w jednym
miejscu. Długo wahałam się, czy to zrobić – jakby nie było,
mówimy tu o jednym z najważniejszych wątków książki, który
będzie przewijał się przez całą powieść – ale chyba nigdzie
później nie znajdę tak smakowitego cytatu. Z góry proszę o
wybaczenie długości danego przytoczenia, ale koniecznym jest,
abyście ujrzeli je w całości.
Nie byłam dezerterem. Na poprzedniej planecie – w świecie Wodorostów, jak je tu nazywano – czekałam cierpliwie, zataczając z całą resztą kolejne koła wokół tamtejszych słońc. Bycie przytwierdzoną do ziemi zaczęło mnie nużyć szybciej, niż się spodziewałam, a długość życia Wodorostów w przeliczeniu na ziemskie lata wyniosłaby kilka wieków; mimo to nie porzuciłam swojego żywiciela. Byłoby to niewdzięcznością, marnotrawstwem, czynem niegodnym. Zaprzeczeniem tego, czym my, dusze, jesteśmy. Zawsze zależało nam, aby czynić światy lepszymi. W przeciwnym razie nie zasługiwałybyśmy na to, by je zamieszkiwać.
I rzeczywiście, wszędzie, gdzie pojawiły się dusze, panowało dobro, piękno i pokój. Co innego ludzie, ci byli zupełnie nieokrzesani. Zabijali się nawzajem tak często, że zbrodnia była dla nich zwyczajną częścią życia. Rozliczne metody tortur, które stosowano tu od tysięcy lat, przechodziły moje pojęcie; nie mogłam znieść nawet suchych raportów na ten temat. Na prawie wszystkich kontynentach szalały wojny, w czasie których zabijano w majestacie prawa, nie szczędząc nikogo. Nawet ludzie, którym dane było żyć w pokoju, odwracali wzrok, widząc, jak członkowie tego samego gatunku umierają z głodu pod ich drzwiami. Obfite bogactwa naturalne planety nie były sprawiedliwie dzielone między wszystkich. I wreszcie, o zgrozo, ich własne potomstwo – następne pokolenie, które wśród nas, dusz, otaczano niemalże czcią, gdyż niesie obietnicę życia – padało nieraz ofiarą straszliwych zbrodni. I to nie tylko z rąk obcych ludzi, lecz także własnych opiekunów. Ludzka lekkomyślność i chciwość zaczęła w końcu zagrażać całej planecie. Nie ulega wątpliwości, że dzięki nam Ziemia stała się lepszym miejscem.
„Wymordowaliście cały gatunek istot, a teraz poklepujecie się z uznaniem po plecach.”
Dłonie zacisnęły mi się w pięści.
Przyznajcie
się – niemal każdy z Was widział w dzieciństwie „Pocahontas”,
a ci, których ominęła disneyowska edukacja, zapoznali się z
konceptem walki rdzennych mieszkańców i najeźdźców chociażby w
sequelu owego dzieła, „Avatarze” Jamesa Camerona. Koncepcja
bohatera, który wpierw napada na nieznaną sobie, „prymitywną”
kulturę tylko po to, by w ostatecznym rozrachunku stanąć po
stronie uciśnionych jest stara jak świat. Klisza jako taka nie jest
czymś złym; ba, na bazie wielu filmowych i literackich sztamp
stworzono świetne, interesujące dzieła.
Problem
w tym, że powyższy fragment nie jest standardowym monologiem
wewnętrznym postaci, która wprawdzie zaczyna dostrzegać błędy w
rozumowaniu swoich krajan, ale wciąż czuje się zobowiązana
usprawiedliwiać ich działania; Stefa napisała to na serio.
Powtórzmy
jeszcze raz: Stefa napisała to na serio.
Owszem,
Wagabunda w swoim czasie zacznie grać dla przeciwnej drużyny, ale
muszę zmartwić wszystkich, którzy chcieliby tym samym postawić ją
w jednym rzędzie z Johnem Smithem oraz bohaterem granym przez Sama
Worthingtona – działania te, jak wykaże rozdział dziewiąty, nie
tylko będą dalekie od obiektywizmu (co jeszcze dałoby radę
przełknąć), ale w dodatku nie będą miały nic wspólnego z potępieniem swojej rasy. Wagabunda NIGDY nie zajmuje jasnego
stanowiska w stosunku do polityki dusz – nigdy jednoznacznie nie
krytykuje ich praktyk związanych z przejmowaniem coraz to nowych
organizmów. Jej poglądy to typowa moralność Kalego, z tym, że o
nieco bardziej pokręconej logice („moje dusze zabrać moim
człowiekom – źle, moje dusze zabrać innym żyjątkom –
dobrze”). A ponieważ, jak doskonale wiemy od czasów sagi, poglądy
protagonistki są jednocześnie poglądami jej twórczyni, nietrudno
zrozumieć, co chciała osiągnąć Stefa. Bo wbrew temu, co twierdzi
wiele osób, ta książka niczym się nie różni od „Zmierzchu”.
Zmienia się tylko powłoka i imiona charakterów. Wagabunda równie
dobrze mogłaby nosić nazwisko Edzia i spółki.
Wróćmy
na chwilę do historii Belli Swan. Przypomnijcie sobie, w jaki sposób
sportretowane zostały tam wampiry: mamy „złe” wąpierze
czerwonookie, które szamają ludzi, oraz „dobre” wąpierze o
oczkach jak bursztyny, które ograniczają się do zwierzątek –
cudzysłów jak najbardziej konieczny. Do grupy drugiej zalicza się
też rodzina doktora.
Wiecie,
na czym polega dowcip? W „Intruzie” mamy do czynienia z tymi
samymi bohaterami. Łowcy to krwiopijcy o czerwonych tęczówkach,
reszta dusz to wegetarianie, Wagabunda zaś jest Edwardem w spódnicy.
Mówię
absolutnie poważnie. Spójrzcie na powyższy cytat, spójrzcie na
sagę „Zmierzch”. Obie łączy to samo – przekonanie Stefy, iż
ludzie są czymś mało wartościowym w porównaniu do jej
perfekcyjnych kreacji. Ponieważ jednak Meyer ma przynajmniej tyle
instynktu samozachowawczego, by nie występować wprost przeciw swemu
gatunkowi w powieściach (co nie powstrzymuje jej jednak przed
opowiadaniem o marności naszej rasy w wywiadach), stosuje wentyl
bezpieczeństwa – do przemocy wobec istot ludzkich posuwają się
tylko „wybrakowane” modele hołubionej przez nią grupy. W ten
sposób i wilk syty, i owca cała: wina spada na antagonistów, a
złotookie wampiry/pozostała część dusz zostają rozgrzeszone
jako osobniki o dobrych i czystych intencjach.
Ów
koncept ma jednak dwa słabe punkty.
Pierwszym
z nich jest osoba Wagabundy/Cullenów. Nie jest tajemnicą, że
Cullenowie występują w sadze jako synonimy perfekcji oraz życzliwości wobec ludzkości, nasza kosmitka jest zaś „nawróconą”
duszą, doceniającą uroki bycia ludziem (dajcie spokój, to nawet
nie spoiler, to oczywista oczywistość). Problem? Jak wszyscy
doskonale wiemy, w dziełach Stefci występuje pewien rozjazd między
zamiarem i efektem końcowym, w związku z czym Glittermany to banda
psychopatów, którzy mają bliźnich w głębokim poważaniu, a
dietę stosują wyłącznie po to, by móc nawzajem poklepywać się
po plecach i gratulować sobie swojej niezwykłości i silnej woli.
Wagabunda nie jest, na szczęście, równie odpychającą postacią,
ale (jak obiecuję udowodnić Wam pod koniec września), jej powody
trzymania z „naszymi” są także dosyć niejednoznaczne i
bynajmniej nie wynikające z czystego altruizmu.
Drugim
i znacznie poważniejszym babolem jest fakt, że tym razem Stefa
posunęła się nieco za daleko. Analizowanie „Zmierzchu” było o
tyle bardziej wymagające, że (przynajmniej do czasów BD), Meyer
mimo wszystko nie była tam przerażająco nachalna w swym promowaniu
antyludzkiej postawy (a raczej – rozliczne uwagi „przeciw” są
albo niewyraźnie nakreślone, albo przykryte toną lukru i brokatową
klatą McSparkle'a). Tutaj nasza ulubiona autorka nie stara się już
ukryć swoich przekonań i chyba nawet nie czuje potrzeby, by to
robić. W „Przed Świtem” Bella poświęciła całą minutę na
wspomnienie z dreszczem wstrętu mordu dokonanego przez jej gości na
niewinnych ludziach, zanim wróciła chędożyć się z Wardem; w
„Intruzie” nikt już nawet nie próbuje twierdzić, że być może
dusze zachowują się nie do końca ładnie, dokonując anihilacji
całej populacji ludzkiej; nikt też nigdy nie neguje ich statusu
postaci pozytywnych.
I
dlatego oznajmiam wszystkim, którzy twierdzą, że ta powieść jest
znacznie lepsza od swoich poprzedniczek: Nie. Nie jest. Wprost
przeciwnie. Zgadzam się, pewne wątki są tu poprowadzone o wiele
zgrabniej, a w pewnym miejscu Stefa udowadnia wręcz, że gdy
odchodzi od zagadnień romansowych i nadnaturalnych (a także, gdy
spycha główną heroinę na dalszy plan) potrafi napisać wcale
wzruszający rozdział – ale ogólny przekaz tego dzieła jest
prawdopodobnie jeszcze bardziej niesmaczny, niż w historii panny
Swan.
Adolf approves : 8
Wagabunda, rozsierdzona uwagami Mel na temat okrucieństwa dusz, zaczyna poważnie rozważać pozbycie się zbędnego balastu w postaci niepokornej właścicielki ciała:
Chciałam znowu być sama. Mieć umysł tylko dla siebie. Ten świat był pełen nowych, przyjemnych doznań i wspaniale byłoby móc się nimi cieszyć bez przeszkód, zamiast skupiać całą uwagę na rozsierdzonej jaźni, która nie chce mnie zostawić w spokoju.
No
sami powiedzcie, czy te stworzonka nie są rozkoszne?
Meyer
– nic mnie nie obchodzi, że Wagabunda
przechodzi...ekhm...wewnętrzną przemianę. Sam fakt, że
jakakolwiek dusza jest w stanie spokojnie i bez emocji rozważyć
morderstwo innej myślącej i czującej istoty jest wystarczającym
wyznacznikiem tego, że stworzyłaś rasę jeszcze bardziej potworną
niż meyepiry – a Bóg mi świadkiem, że to niezwykłe
osiągnięcie.
Adolf
approves : 9
Wagabunda
porzuca jednak pomysł, nie tyle ze względów etycznych, co z powodu
urażonej ambicji – nie będzie człowiek pluł jej w twarz. No i
jest jeszcze aspekt estetyczny całej sprawy:
A poza tym... to było moje ciało. Przyzwyczaiłam się do niego. Polubiłam uczucie naprężonych mięśni, zgiętych stawów, pracujących ścięgien. Znałam dobrze swoje lustrzane odbicie. Opalona skóra, podłużne, wyraźnie zarysowane kości twarzy, czepek z włosów w kolorze mahoniu, ciemny brąz i zieleń moich oczu – oto ja.Chciałam ocalić siebie. Nie mogłam dopuścić, by zniszczono to, co moje.
Moja
pierwsza myśl: No, przynajmniej ta uniknęła losu odziedziczenia
wyglądu po swej stwórczyni (nie mam nic przeciwko facjacie Stefci,
wręcz przeciwnie, uważam ją za naprawdę ładną kobietę – ale
na litość, znaj proporcjum, mocium panie).
Moja
druga myśl: O ile nie wsadzą Wagabundy do staruszka cierpiącego na
reumatyzm, będzie mogła cieszyć się do woli swymi stawami oraz
ścięgnami i w nowym żywicielu.
Moja
trzecia myśl: W zasadzie dlaczego tak jej zależy na utrzymaniu tego
akurat mundurka?
Dusze
to nie ludzie. To zupełnie odmienna rasa, która w swej naturalnej
formie nawet nie posiada materialnego ciała. Pojęcie estetyki
powinno im być absolutnie obce; jakoś ciężko mi uwierzyć, by
toczyły między sobą walkę o najzieleńszy glon czy największego
nietoperza do zamieszkania.
Dla
lepszej ilustracji problemu posłużę się przykładem z mojego
ulubionego serialu. Stefa, widziałaś kiedyś Supernatural (wiem, że
nie)? Występujące w nim anioły przed wizytą na Ziemi muszą
zorganizować sobie vessele – znaleźć człowieka, którego będą
okupować w celu swobodnego poruszania się na naszej planecie. Jest
jednak pewien haczyk: ów ludź musi nie tylko wyrazić zgodę na
(mniej lub bardziej tymczasowe) „oddanie kluczyków”, ale w
dodatku wywodzić się ze specjalnej linii, która pozwoli na
utrzymanie danego anioła w ciele gospodarza (dla większości
populacji usłyszenie lub ujrzenie prawdziwej formy anielskiej ma
mało przyjemne skutki). Wiesz, co nie wchodzi w skład wymagań?
Wygląd i płeć danego osobnika. Pomijając uwagę Metatrona w
sezonie ósmym (będącą zresztą elementem komicznym), aniołowie
mają w głębokim poważaniu fizjonomię swoich vesseli, albowiem
NIE SĄ ludźmi i nie podzielają naszych wątpliwości w związku z
fizycznym aspektem bycia człowiekiem.
No,
ale SPN-owskie anioły zaczęły poszukiwać swoich mundurków w
konkretnym celu, bynajmniej nie mającym nic wspólnego z konkursem
piękności; biorąc pod uwagę, że dusze najeżdżają obce
planety, ponieważ...cóż...najwyraźniej chcą i mogą, a w dodatku
za nic mają zgodę właścicieli, nic dziwnego, że starcza im czasu
i zapału na wybieranie najlepszego modelu.
Oczywiście,
możemy przyjąć, że Wagabundzie nie chodzi o piękno jako takie
(ostatecznie nie opisuje przecież twarzy Mel jako urodziwej). Ale
nawet zakładając, że mówimy o zwykłym przyzwyczajeniu, owo
przywiązanie nadal nie ma zbyt wielkiego sensu. Powtarzam – troska
o wygląd to ludzka cecha. Kosmitka nie jest człowiekiem – owo
uczucie mogłoby pojawić się u niej wyłącznie pod warunkiem, że
dany impuls pochodziłby od Melanie. Ponieważ jednak Stefa nie
zaznacza nigdzie w tekście, iż (tak jak miało to miejsce w
przypadku złości czy nienawiści), dany pogląd jest dla Wagabundy
czymś nowym, ale prezentuje to jako integralną część sposobu
myślenia dziewczyny:
Świat
według Terencjusza: 16
A tak
w ogóle, czy Wam też powyższy cytat przywodzi na myśl inną ze
stefciowych protagonistek, która ceniła powłokę ponad – nomen
omen – życie duchowe i nie miała żadnych oporów przed
przehandlowaniem swego jestestwa za możliwość posiadania
wymarzonej buźki?
Adolf
approves : 10
Bellanda
Wandella van der Mellen : 7
I to
już wszystko na dziś. Za tydzień – pierwsza konfrontacja z
Łowczynią. Zostańcie z nami!
Statystyka:
Bellanda
Wandella van der Mellen : 7
Świat
według Terencjusza: 16
Witaj,
Morfeuszu : 4
Maryboo
